Z Hydrophobią wiąże się dosyć zawiła historia. Na początku gra ukazała się po prostu jako Hydrophobia w cyfrowej dystrybucji na konsolach, lecz – przez masę błędów – nie została dobrze przyjęta. Potraktowana ogromnym patchem ukazała się później jako Hydrophobia Pure, a następnie - jeszcze bardziej usprawniona – jako Hydrophobia Prophecy. Ta ostatnia wersja w naszym kraju zadebiutowała w wydaniu pudełkowym na pecetach dopiero pod koniec 2011 roku. Po tylu ulepszeniach, aktualizacjach i wydaniach powinniśmy otrzymać produkt wysokiej jakości... Ale coś chyba nie wyszło.
Akcja Hydrophobii rozgrywa się w roku 2051 na pokładzie (czy raczej pod pokładem) ogromnego statku Królowa Życia, który powstał w wyniki realizacji utopijnej wizji pływającego miasta, mającego być rozwiązaniem problemu przeludnienia niebieskiej planety. W grze wcielamy się w Kate Wilson, wysportowaną panią inżynier (dyplom z Oxfordu!), która odpowiada za systemy bezpieczeństwa na kolosalnej łajbie. Historia rozpoczyna się atakiem przeprowadzonym przez terrorystów w rocznicę wodowania statku, kiedy to przez nieszczęśliwy zbieg wydarzeń nasza protagonistka zostaje uwięziona na niższych kondygnacjach, otoczona przez wodę i uzbrojonych fanatyków. Okazuje się, że niektórzy mają inne odpowiedzi na problem przeludnienia - wspomniani wyżej terroryści za najlepsze rozwiązanie uważają ludobójstwo, którego chcą dokonać przy pomocy technologii opracowywanej przez badaczy na pokładzie Królowej Życia. Kate musi wydostać się z tarapatów oraz dociec o co tak naprawdę chodzi napastnikom.
Fabuła może wydawać się interesująca, jednak nie sposób nie zauważyć paru dziur w scenariuszu. Chociażby braku wyjaśnienia w jaki sposób ktoś przemycił setki uzbrojonych zbirów na luksusowy statek-miasto. Historii nie pomaga też brak ciekawych postaci, czy nieprzewidywalnych i zaskakujących zwrotów akcji. Miejscami odniosłem też wrażenie, jakby niektóre linie dialogowe nie pasowały do konkretnej sytuacji – przeszkadzało to w pełni wczuć się w położenie bohaterki.

Kluczowym elementem rozgrywki w Hydrophobii jest oczywiście woda. Miejscami wygląda efektownie, zachowuje się naturalnie, choć miejscami zdarza się, że podnosi się zbyt wysoko i nie przejmuje się prawami fizyki. Dobrze odwzorowano opór – gdy poziom wody sięga naszej postaci do pasa, porusza się ona ociężale i zauważalnie wolniej, czemu towarzyszą odpowiednie animacje.
Gra studia Dark Energy prowadzi nas za rękę od checkpointu, do checkpointu. Pomiędzy nimi zawsze poruszamy się zarówno po suchym pokładzie, ale równie często nurkujemy do zatopionej części statku, by wcisnąć guzik, przekręcić zawór, lub otworzyć drzwi. Od momentu, w którym znajdujemy broń, do schematu rozgrywki włącza się też element wymiany ognia z terrorystami. Niestety, całość jest nieco monotonna – kolejny korytarz, kolejne pomieszczenie, które musimy zatopić, by unieść się wyżej, kolejny guzik, kolejny korytarz... i tak dalej, przez pięć godzin. Sprawę pogorsza fakt, że mechanika pływania nie jest idealna i czasem łatwo gdzieś utknąć, a co za tym idzie – stracić cenny czas (nurkujemy na wstrzymanym oddechu, nie mamy aparatury). Nawet otrzymane w pewnym momencie tajemnicze umiejętności magiczno-kinetyczne nie są na tyle innowacyjne, pomysłowe czy dobrze wykonane, by Hydrophobia zwyczajnie sprawiała frajdę.
Strzelaniny powinny być emocjonujące, jednak przeciętność wykonania sprawia, że są raczej przykrym obowiązkiem. Choć z początku każdy nowy rodzaj amunicji sprawia frajdę podczas pierwszych testów na żywych celach, to z czasem entuzjazm ustępuje. Nieco frustrująca jest nadludzka celność wrogów, którym w strzelaniu nie przeszkadzają żadne czynniki zewnętrzne (są ultra-celni nawet gdy dryfują w mętnej wodzie).

Szkoda także, że twórcy nie wykorzystali potencjału elementu skradankowego. Jasne – skradać się możemy, jednak cóż z tego, skoro łatwiej (i szybciej) po prostu wszystkich zastrzelić? Podczas skradania odczuwalny jest także brak jakiegokolwiek ataku wręcz, czy innego motywu z rodzaju „stealth kill”.
Elementy platformowe przypominają trochę te znane z serii Tomb Raider, przynajmniej pod względem poruszania się bohaterki i jej animacji oraz możliwości. Niestety, choć zrealizowane dobrze, przez monotonność środowiska też szybko tracą urok.
Na plus Hydrophobii zaliczyć można lokalizację, to dobrze, że wydawca decyduje się na polonizację, mimo, że gra raczej nie reprezentuje raczej rangi triple-A. Choć momentami zdarzają się drobne potknięcia (trafiłem na jedną linię dialogową zapisaną cyrylicą), to należy się pochwała za dobre chęci. Przy okazji warto zaznaczyć, że jest to jedna z niewielu gier, przy której żałuję, że nie doczekała się dubbingu – oryginalny głos bohaterki jest dziwaczny (Kate żongluje akcentami – od szkocko-amerykańskiego po oxfrordzki).
Wersja pecetowa cierpi też na pewne bolączki związane z jakością portu. Przede wszystkim – razi brak możliwości zapisu stanu gry. Interfejs bywa momentami niewygodny w obsłudze – czuć, że gra tworzona była z myślą o gamepadzie. Troszkę dziwi również cena gry – za pudełko zapłacimy 60 złotych, podczas gdy na Steam gra w momencie premiery kosztowała 41 złotych, a w chwili obecnej tylko 20 złotych.

Może wydawać się, że strasznie się czepiam, a gra to koszmar – tak tragicznie nie jest. Jest po prostu „OK”, a każdy element jest wykonany przeciętnie. Całość z pewnością ratuje parę ciekawych motywów związanych z wodą i jej wpływem na rozgrywkę, nie jest to jednak coś szczególnie zachwycającego, a momentami odnosi się wrażenie, że i kwestię zabaw z H20 można było rozwiązać nieco lepiej. Jest to gra na raz, która nie zachęca niczym szczególnym, by do niej wrócić.
6/10










Brak komentarzy, Twój może być pierwszy...